wtorek, 18 stycznia 2011

Złapałam Myszę

   Złapałam Myszę. Bo nie była to jakaś pospolita mysz, ale prawdziwa galicyjska Mysza o szarym futerku i bystrych czarnych oczkach. Inteligentna jak sam diabeł. Prawdziwa Królowa Myszy. Bo z wymiarów sądząc raczej nie król szczurów. Gdyby jednak po wzroście oceniać inteligencję, jak wielkich gabarytów musiałby być Einstein. A gdyby mądrość – jakim karłem musiałby być Stalin.
   Inteligencja Myszy, mieszkającej do niedawna w kuchni mojego wiejskiego domku, przejawiała się w unikaniu upolowania. Brakło jej dwóm poprzedniczkom Myszy.
    Krok pierwszy: z braku kota wprowadzenie do kuchni psa. Cel: eksterminacja w białych rękawiczkach. Pies mógłby co najwyżej powiedzieć, że wypełniał tylko rozkazy. Pod warunkiem, że nie zapomniałby języka w gębie do Wigilii (340 dni). Skutek: brak.
    Krok drugi: wyprowadzenie psa, wprowadzenie elementu zwanego popularnie trutką. Cel: eksterminacja w wyniku eksperymentu paramedycznego. Skutek: wyjedzenie kilku granulek trucizny, reszta bez zmian.   
    Krok trzeci: łapka na myszy po raz pierwszy. Cel: eksterminacja przez rozstrzelanie. Skutek: chleb obok łapki, na szafce ślady krwi, Myszy brak. Ujawniła się następnego dnia, poprzez znak widzialny: dziurę w chlebie i odchody w zlewie. Pomysł: przekrojenie Myszy w chlebie? Eksterminacja przez rozczłonkowanie?
    Krok czwarty: łapka na myszy po raz drugi. Cel: jak wyżej. Skutek: suchy kabanos wieprzowy na podłodze, obok łapka, myszy brak. Ujawniła się od razu, w wyniku skanowania kuchennej podłogi nieuzbrojonym okiem. Pod stołem. Żywa, bez śladów juchy, skulona czy oszołomiona, patrząca bystro na oprawcę, choć niezdecydowana na ucieczkę. Interpretacja: brak woli walki?
    Problem z Myszą był następujący: wyjadała chleb. A chleb, jak wiadomo, jest dla Słowian niczym wódka, podstawowym elementem codziennej diety i ustępuje miejsca czasami jedynie ziemniakom. Odchodów mysich raczej nie można pomylić z kminkiem. A skansenowy mysi zapach niejednokrotnie wydawał mi się dziwnie miły, przez skojarzenie z latami szczenięcymi na większej jeszcze wsi. Cóż, eksterminacja Żydów czy Cyganów nie polegała na eliminowaniu podżeraczy posiłków. Rzekomy zapach „gorszych” był dla oprawców nieprzyjemny, z czego wniosek: dobra nasza.
    Czy jednak wiele się różni planowe wyniszczenie jednostki mysiej od zgładzenia psy rasy husky? Czy wobec tego pisząca te słowa etnograf różni się mocno od „młodzieńców” z Lipnicy, „celebrytów”, obecnych w mediach ostatnich dni? Jeśli do tego dodać informację o trzeźwości, implikującej w świadome planowanie zbrodni przez łapaczkę Myszy, pozostaje raczej przywdziać wór pokutny i przeinterpretować własną tożsamość oraz świadomość stopnia człowieczeństwa.
    Niewielka jest granica między ludyzmem a byciem nieludzkim. Podobnie jak cienka błona dzieli potrzebę sielskiego spokoju i bestialstwa.
    A Mysza, wpakowana do otwartego pudełka razem z pajdą chleba, wylądowała ostatecznie na stercie drewna pod domem. Bez dostępu do psa.

1 komentarz: